Fuckin' life.
Eh... Wreszcie postanowiłem opisać trudną rzecz... może póki co jako dziennik...
Sobota, 8 lipca 2006r.
Po powrocie z trzeciego dnia TS '06 i odpoczynku, zadzwonił telefon. Chwilę później zawołała mnie mama i powiedziała: "Tata... nie żyje..."
...
Niedziela, 9 lipca.
Postanmowiliśmy niezwłocznie udać się tam, gdzie zmarł, do wsi położonej pomiędzy Białymstokiem, a Hajnówką.
Spakowaliśmy się i zabraliśmy ślubny garnitur ojca - z tego co wiadomo, w tym chciał zostać pochowany.
O godzinie 14:23 z Łodzi Fabrycznej był pociąg do Białegostoku. O 17:00 przesiadka w Warszawie Centralnej i równo o 20:00 byliśmy w Błd (takie odnaczenie nadało PKP).
Niestety, ostatni PKS do Hajnówki odjechał 10 minut temu, więc nie pozostało nam nic innego jak znalezienie noclegu. Na szczęście, niedalego Dworca był Hotelik dla kierowców (pekaesów). Cisza nocna dopiero o 22 więc postanowiliśmy się przejść. Po pozostawieniu bagażów udaliśmy się na Dworzec PKP i zapisaliśmy planowane godziny odjazdów pociągów (do Łodzi i Warszawy)..
Powróciliśmy do Hoteliku.
Poniedziałek.
6:10 na dworcu PKS. Autobus stał i czekał. Około 7:30 byliśmy na miejscu.
Powitaliśmy się z ciotkami (siostrami) i babcią (mamą taty).
Po godzinie 9 zadzwonił telefon z zakładu pogrzebowego w sprawie odzieży dla zmarłego, a około 15 przyjechali po ubranie. Kilka minut po 19 przywieziono trumnę z ciałem, a wujek około 20 przywiózł Batiuszkę, który odprawił modlitwy, a od 20:30 trwało nocne czuwanie przy grobie.
Wtorek.
O 8:00 przywieziono Batiuszkę, odprawił ostatnie pożegnanie i za trumną przeszliśmy przez wieś, do krzyża.
Około 9 rozpoczęło się dwugodzinne nabożeństwo w Cerkwi, po którym nastąpiło pochowanie taty.
Po nim rodzina i znajomi udali się na stypę urządzoną przez najbliższą rodzinę zmarłego.
Tak wyglądały pierwsze dni pobytu tam. Trochę oficjalnie, ale cuż.
Mam nadzieję, że niektórym przybliżyłem prawosławne obrzędy pochówku.
Aha informacja dodatkowa: tutaj odprawia się nabożeństwa za zmarłego w 9 dniu od śmierci (if dieDay==Pn 9thDay=Wt), 40. i w rocznicę śmierci.
Uff, a teraz coś od siebie...
Hmm... nikt by się nie spodziewał. Zmarł mając równo 50 lat.
Wielka strata... a ja pozostałem w męskim gronie sam. Wujków nie liczę. Eh, kilka lat temu zmarł mój ojciec chrzestny (utopił się? nikt w to nie wierzy), teraz Pan zabrał tatuśka i... trzeba sobie jakoś radzić.
Pobyt tam wzmocnił mnie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Również dowiedziałem się rzeczy o sobie, i o mojej rodzinie.
Ciężko, oj cięzko. Nadal w to nie wierzę, że straciłem ojca. Wydaje mi się to nieprawdopodobne. Wręcz niemożliwe. Jak to tak?
Dowiedziałem się, jak to wkońcu jest: w kościele prawosławnym, razem z chrztem otrzymuję się komunię i bierzmowanie. Więc rezultatem tego jest, że dwukrotnie miałem komunię. To znaczy, że komunia udzielona w kościele katolickim nie była pierwszą :|
Dowiedziałem się również o swojej siostrze. Jaka jest. Po mojemu, ona to wszystko ma gdzieś. Kompletnie nie przeżywała żałoby, radowałą się, śpiewała, tańczyła, wygłupiała, bawiła i co tylko mogła. Dopiero jak ktoś ją okrzyczał, że powinna się jakoś zachowywać, choćby przed gośćmi to chwilowo przestawała. Nie rozumie co się stało? A może nie chce? A może ją właśnie to nie obchodzi? Nie wiem. Pewne jest to, że nie potrafi się zachować.
Zobaczyłem również jak moja mama jest silna psychicznie. Wytrzymała całą noc przy grobie, w dodatku utrzymała się na nogach przez 2h w cerkwi i jeszcze pomagała przy Stypie.
Łzy spływały u każdego, co dziwne nie jest. Ale co kto odczuwał w sercu... zrozumie tylko ten, kto to poczuje ...
Opuszczę już ten temat, bo wywołuje piękne, lecz obecnie bolące wspomnienia...
...
Byłem tam równe 7 dni.
Przez ten czas wiele myślałem o tym, co się stało, ale nie mogłem zatracić się w tym.
Jako, że trwa żałoba, tam telewizor i radio włączane nie było. Komputera nie ma. Gazet akurat nie było, jak i we wsi żadnego sklepu, by być na bieżąco (pierwszą gazetę czytałem w drodze powrotnej do Łodzi).
Co do panujących tam warunków, jak dla mnie były sprzyjające. Nie powiem idealne, ale wiem, że większość osób nie wytrzymałoby życia na wsi. Przynajmniej tam gdzie mieszka moja babcia. Why? Brak ciepłej wody (należy gotować). Brak wanny czy prysznica (zlew+miski). Toaleta ~50m od chaty itp.
Ale mi to odpowiada. Nie trzeba schodzić z trzeciego piętra by być na powietrzu, można się umyć na dworzu, dodatkowo jak taki upał to jest fajnie, woda, pomimo że tak jak w większości miejsc chlorowana, to zawiera wiele minerałów i jest smaczniejsza niż taka łódzka kranówa, poza tym powietrze. Przyjemnie oddychać... Wogóle natura... To jest najpięniejsze... Wiele osób mnie wyśmieje, ale to na prawdę jest piękne... Aż łza się kręci w oku... ale niewielu mnie zrozumie... Jestem pewien, że przyrodniczą zajawę mam po ojcu...
Przyjemnie o zachodzie słońca udać się za stodołę i jak najdłużej wpatrywać się w czerwone niebo i słońce, chowające się za widnokręgiem, oświetlające morza złocących się zbórz... Szkoda, że nie wziąłem aparatu :(
Żeby nie zatracać się, znalazłem sobie zajęcie - trening. Naprzeciw chaty jest boisko po dawnej szkole. M.in. dwie bramki (bez siatek) i wspaniałe miejsce do treningu, wspinaczki etc. Wielki kwadrat szczebelkowy. Opisywać nie potrafię, może kiedyś zrobię zdjęcie :) ale trenować nie mogłem bo całe boisko było odnawiane.
Trening... Parkour to moje życie... A przecież to nic innego jak sposób poruszania się... Nikt nie powiedział, że zastosowanie jego jest wyłącznie możliwe w mieście... Wieś = płoty, murki, barierki, dachy, pola, kamienie, głazy, rowy, drzewa i pnie po nich, i wiele inych rzeczy... Dzięki treningowi nocnemu wiem, jak robić poprawnego Rolla. Więc go cały czas ćwiczyłem, przez co poharatałem sobie rękę. Można zapytać, skoro dobry roll to ręka winna być cała, więc dlaczego tak nie było? Ano bo ćwiczyłem na polu, gdzie była świeżo skoszona trawa (m.in. zboża) - takie długie i mocne, co pionowo z ziemi wychodzą, najczęściej żółte, i z ziarnami na końcu :) Ścina się je zwykłe 5~10cm nad ziemią, więc jest część wystająca. I ona strasznie mocna jest, a przy robieniu rolla, wbija się w rękę, dlatego jest poharatana. Zawile tłumaczę, ale może ktoś zrozumie.
Poza tym, ćwiczyłem ręce, monkey'a z jednej nogi, revers'a przez lewą rękę, gate'y i tym podobne.
Widziałem jeża, ale podejść do niego nie mogłem, bo był pod drzewem mocno oblęganym przez wielkie (2-4cm) chrząszcze... Poza tym, jakieś 5m od płotu podwórka chodził sobie bociek! Tak, taki na długich i chudych czerwonych nogach, cały biały z długim i czerwonym dziobem. Co uwielbia francuską kuchnię! Jeszcze nigdy tak blisko żadne większe zwierzę nie było. No może poza żubrem, o którym kiedyś mi opowiadał tata... Z nikąd na naszym podwórku pojawił się duży żubr! Eh... wspomnienia...
Eh, nie wiem, jak to teraz będzie, pozostają treningi i wiara w siebie... trzeba trzymać się i pomagać mamie jak się da... bo siostra tego robić nie będzie...
Pozdro 4all.
Nie wiem, ale pewnie jeszcze będę ten post edytował... pozdro.
Sobota, 8 lipca 2006r.
Po powrocie z trzeciego dnia TS '06 i odpoczynku, zadzwonił telefon. Chwilę później zawołała mnie mama i powiedziała: "Tata... nie żyje..."
Niedziela, 9 lipca.
Postanmowiliśmy niezwłocznie udać się tam, gdzie zmarł, do wsi położonej pomiędzy Białymstokiem, a Hajnówką.
Spakowaliśmy się i zabraliśmy ślubny garnitur ojca - z tego co wiadomo, w tym chciał zostać pochowany.
O godzinie 14:23 z Łodzi Fabrycznej był pociąg do Białegostoku. O 17:00 przesiadka w Warszawie Centralnej i równo o 20:00 byliśmy w Błd (takie odnaczenie nadało PKP).
Niestety, ostatni PKS do Hajnówki odjechał 10 minut temu, więc nie pozostało nam nic innego jak znalezienie noclegu. Na szczęście, niedalego Dworca był Hotelik dla kierowców (pekaesów). Cisza nocna dopiero o 22 więc postanowiliśmy się przejść. Po pozostawieniu bagażów udaliśmy się na Dworzec PKP i zapisaliśmy planowane godziny odjazdów pociągów (do Łodzi i Warszawy)..
Powróciliśmy do Hoteliku.
Poniedziałek.
6:10 na dworcu PKS. Autobus stał i czekał. Około 7:30 byliśmy na miejscu.
Powitaliśmy się z ciotkami (siostrami) i babcią (mamą taty).
Po godzinie 9 zadzwonił telefon z zakładu pogrzebowego w sprawie odzieży dla zmarłego, a około 15 przyjechali po ubranie. Kilka minut po 19 przywieziono trumnę z ciałem, a wujek około 20 przywiózł Batiuszkę, który odprawił modlitwy, a od 20:30 trwało nocne czuwanie przy grobie.
Wtorek.
O 8:00 przywieziono Batiuszkę, odprawił ostatnie pożegnanie i za trumną przeszliśmy przez wieś, do krzyża.
Około 9 rozpoczęło się dwugodzinne nabożeństwo w Cerkwi, po którym nastąpiło pochowanie taty.
Po nim rodzina i znajomi udali się na stypę urządzoną przez najbliższą rodzinę zmarłego.
Tak wyglądały pierwsze dni pobytu tam. Trochę oficjalnie, ale cuż.
Mam nadzieję, że niektórym przybliżyłem prawosławne obrzędy pochówku.
Aha informacja dodatkowa: tutaj odprawia się nabożeństwa za zmarłego w 9 dniu od śmierci (if dieDay==Pn 9thDay=Wt), 40. i w rocznicę śmierci.
Uff, a teraz coś od siebie...
Hmm... nikt by się nie spodziewał. Zmarł mając równo 50 lat.
Wielka strata... a ja pozostałem w męskim gronie sam. Wujków nie liczę. Eh, kilka lat temu zmarł mój ojciec chrzestny (utopił się? nikt w to nie wierzy), teraz Pan zabrał tatuśka i... trzeba sobie jakoś radzić.
Pobyt tam wzmocnił mnie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Również dowiedziałem się rzeczy o sobie, i o mojej rodzinie.
Ciężko, oj cięzko. Nadal w to nie wierzę, że straciłem ojca. Wydaje mi się to nieprawdopodobne. Wręcz niemożliwe. Jak to tak?
Dowiedziałem się, jak to wkońcu jest: w kościele prawosławnym, razem z chrztem otrzymuję się komunię i bierzmowanie. Więc rezultatem tego jest, że dwukrotnie miałem komunię. To znaczy, że komunia udzielona w kościele katolickim nie była pierwszą :|
Dowiedziałem się również o swojej siostrze. Jaka jest. Po mojemu, ona to wszystko ma gdzieś. Kompletnie nie przeżywała żałoby, radowałą się, śpiewała, tańczyła, wygłupiała, bawiła i co tylko mogła. Dopiero jak ktoś ją okrzyczał, że powinna się jakoś zachowywać, choćby przed gośćmi to chwilowo przestawała. Nie rozumie co się stało? A może nie chce? A może ją właśnie to nie obchodzi? Nie wiem. Pewne jest to, że nie potrafi się zachować.
Zobaczyłem również jak moja mama jest silna psychicznie. Wytrzymała całą noc przy grobie, w dodatku utrzymała się na nogach przez 2h w cerkwi i jeszcze pomagała przy Stypie.
Łzy spływały u każdego, co dziwne nie jest. Ale co kto odczuwał w sercu... zrozumie tylko ten, kto to poczuje ...
Opuszczę już ten temat, bo wywołuje piękne, lecz obecnie bolące wspomnienia...
Byłem tam równe 7 dni.
Przez ten czas wiele myślałem o tym, co się stało, ale nie mogłem zatracić się w tym.
Jako, że trwa żałoba, tam telewizor i radio włączane nie było. Komputera nie ma. Gazet akurat nie było, jak i we wsi żadnego sklepu, by być na bieżąco (pierwszą gazetę czytałem w drodze powrotnej do Łodzi).
Co do panujących tam warunków, jak dla mnie były sprzyjające. Nie powiem idealne, ale wiem, że większość osób nie wytrzymałoby życia na wsi. Przynajmniej tam gdzie mieszka moja babcia. Why? Brak ciepłej wody (należy gotować). Brak wanny czy prysznica (zlew+miski). Toaleta ~50m od chaty itp.
Ale mi to odpowiada. Nie trzeba schodzić z trzeciego piętra by być na powietrzu, można się umyć na dworzu, dodatkowo jak taki upał to jest fajnie, woda, pomimo że tak jak w większości miejsc chlorowana, to zawiera wiele minerałów i jest smaczniejsza niż taka łódzka kranówa, poza tym powietrze. Przyjemnie oddychać... Wogóle natura... To jest najpięniejsze... Wiele osób mnie wyśmieje, ale to na prawdę jest piękne... Aż łza się kręci w oku... ale niewielu mnie zrozumie... Jestem pewien, że przyrodniczą zajawę mam po ojcu...
Przyjemnie o zachodzie słońca udać się za stodołę i jak najdłużej wpatrywać się w czerwone niebo i słońce, chowające się za widnokręgiem, oświetlające morza złocących się zbórz... Szkoda, że nie wziąłem aparatu :(
Żeby nie zatracać się, znalazłem sobie zajęcie - trening. Naprzeciw chaty jest boisko po dawnej szkole. M.in. dwie bramki (bez siatek) i wspaniałe miejsce do treningu, wspinaczki etc. Wielki kwadrat szczebelkowy. Opisywać nie potrafię, może kiedyś zrobię zdjęcie :) ale trenować nie mogłem bo całe boisko było odnawiane.
Trening... Parkour to moje życie... A przecież to nic innego jak sposób poruszania się... Nikt nie powiedział, że zastosowanie jego jest wyłącznie możliwe w mieście... Wieś = płoty, murki, barierki, dachy, pola, kamienie, głazy, rowy, drzewa i pnie po nich, i wiele inych rzeczy... Dzięki treningowi nocnemu wiem, jak robić poprawnego Rolla. Więc go cały czas ćwiczyłem, przez co poharatałem sobie rękę. Można zapytać, skoro dobry roll to ręka winna być cała, więc dlaczego tak nie było? Ano bo ćwiczyłem na polu, gdzie była świeżo skoszona trawa (m.in. zboża) - takie długie i mocne, co pionowo z ziemi wychodzą, najczęściej żółte, i z ziarnami na końcu :) Ścina się je zwykłe 5~10cm nad ziemią, więc jest część wystająca. I ona strasznie mocna jest, a przy robieniu rolla, wbija się w rękę, dlatego jest poharatana. Zawile tłumaczę, ale może ktoś zrozumie.
Poza tym, ćwiczyłem ręce, monkey'a z jednej nogi, revers'a przez lewą rękę, gate'y i tym podobne.
Widziałem jeża, ale podejść do niego nie mogłem, bo był pod drzewem mocno oblęganym przez wielkie (2-4cm) chrząszcze... Poza tym, jakieś 5m od płotu podwórka chodził sobie bociek! Tak, taki na długich i chudych czerwonych nogach, cały biały z długim i czerwonym dziobem. Co uwielbia francuską kuchnię! Jeszcze nigdy tak blisko żadne większe zwierzę nie było. No może poza żubrem, o którym kiedyś mi opowiadał tata... Z nikąd na naszym podwórku pojawił się duży żubr! Eh... wspomnienia...
Eh, nie wiem, jak to teraz będzie, pozostają treningi i wiara w siebie... trzeba trzymać się i pomagać mamie jak się da... bo siostra tego robić nie będzie...
Pozdro 4all.
Nie wiem, ale pewnie jeszcze będę ten post edytował... pozdro.


3 Comments:
Trzymaj się, chłopie.
[*]
By
Anonimowy, at 23 lipca, 2006 20:25
thx góral. pzdr.
By
JA ;], at 28 lipca, 2006 09:48
dopiero dziś to przeczytałam....poruszające ...
dobrze, że byłam sama......
trzymaj się jak tylko możesz....
By
Anonimowy, at 11 kwietnia, 2007 18:55
Prześlij komentarz
<< Home